Dżerba

Tunezja to życie w blasku słońca, pośród radosnych kolorów i przezroczystych cieni…” Aline Reveillaud de Lens

Tunezja zwykle kojarzy się z plażami i hotelami, jednak ten niewielki kraj oferuje fascynujące miejsca i historie. To tu legendarna Dydona wykazała się pomysłowością zdobywając ziemię, dawna rzymska prowincja Africa zostawiła po sobie największy amfiteatr w Afryce (oraz nazwę dla całego kontynentu!) a na wyspie Dżerba zatrzymał się Odyseusz.

 

Czy Tunezja jest rzeczywiście krajem słońca, urzekającego światła i kolorów? Przekonajcie się sami. Z Poznania starują bezpośrednie loty czarterowe na Dżerbę, tunezyjską wyspę na Morzu Śródziemnym, nazywaną Ziemią Marzycieli.

Mieszkańcy Dżerby wierzą, że jest ona mityczną wyspą Lotofagów, gdzie zatrzymał się w trakcie swojej tułaczki do domu Odyseusz, a potem nie mógł zachęcić swojej załogi do dalszej drogi. Jeżeli to nie tylko legenda, to obecni mieszkańcy wyspy są potomkami tych, którzy „oszołomieni słodyczą miodowego owocu lotosu żyli jak pogrążeni w letargu, spokojnie i beztrosko”.

Wprawdzie podczas moich wakacji na Dżerbie nie udało mi się spróbować „miodowego owocu lotosu” ale spędziłam czas beztrosko i podobnie, jak towarzysze Odyseusza nie miałam ochoty na powrót do domu.

Dżerba srodek

Wyspa Dżerba leży w zatoce Mała Syrta i od czasów rzymskich jest połączona groblą z kontynentem afrykańskim!

Po przylocie zatrzymałam się w mieście Humt Suk (stolica wyspy) w hotelu Hotel Arischa, dawnym funduku, który od pierwszej chwili skradł moje serce. Stare funduki (karawanseraje) w czasach państwa osmańskiego były domami noclegowymi dla handlarzy docierających do miasta z karawanami wielbłądów. Mój pokój miał autentyczne sklepienie beczkowe, na terenie hotelu znajdował się urokliwy, wypełniony kwiatami dziedziniec. W tym spokojnym miejscu zapomniałam o zgiełku lotniska, a miętowa herbata z orzeszkami pinii poradziła sobie doskonale ze znużeniem po podróży.

Rano śniadanie (dla mnie odkryciem była pasta bsissa przyrządzana z orzechów i miodu, przysmak Berberów, którym służył jako kaloryczna i wygodna w wędrownym życiu przekąska), mocna kawa i byłam gotowa na zwiedzanie miasta.

Humt Suk ma zwartą zabudowę, dlatego wszędzie mogłam dojść pieszo. Najpierw odwiedziłam stary suk (arabskie targowisko) i poczułam jakbym zanurzała się w świat arabskich baśni i za chwilę miała spotkać dżina.

Labirynt wąskich uliczek, wszędzie kolorowe stragany, sklepy z rękodziełem i pamiątkami, przyprawami, oliwą i świeżymi daktylami. Zaraz na skraju suku trafiłam na zawiję (rodzaj klasztoru, siedziba zakonu sufickiego) Sidi Brahim, po drugiej stronie ulicy znajdował się piękny wielokopułowy meczet Nieznajomych, a kawałek dalej meczet Turków. Niestety wszystkie te budowle mogłam podziwiać tylko z zewnątrz, są one zamknięte dla nie muzułmanów.

Ze starego suku przeszłam ocienioną pięknymi drzewami ulicą Rue Taieb Mehiri w stronę trzynastowiecznej twierdzy hiszpańskiej Borj El Kebir wielokrotnie przechodzącej z rąk do rąk i przebudowywanej. Wiąże się z nią makabryczna historia o wieży usypanej z kości obrońców twierdzy zdobytej przez korsarzy. Cóż, piraci nigdy nie patyczkowali się z przeciwnikiem. Ta upiorna Wieża Czaszek stała w tym miejscu przez 300 lat, aż do 1848 r., kiedy to ją rozebrano na rozkaz beja Tunisu.

Z twierdzy zeszłam do portu rybackiego, ruchliwego i bardzo klimatycznego. Już z daleka widziałam ogromne stosy garnków z terakoty, wykorzystywanych przez lokalnych rybaków do łowienia ośmiornic. Zatrzymałam się w małej i wesołej restauracji Restaurant Aladin, gdzie zjadłam przepyszną zupę chorba, przygotowaną na wywarze rybnym i cudowny kuskus z maleńkimi złotymi rybkami, warzywami i aromatycznymi przyprawami. Do tego kieliszek tunezyjskiego wina Muscat Sec de Kelibia, o niezwykle intensywnym owocowym smaku.

Następnego dnia postanowiłam lepiej poznać wyspę i pojechałam autobusem (komunikacja publiczna na Dżerbie jest dobrze zorganizowana i można nią dotrzeć praktycznie w każdy zakątek wyspy) do wykopalisk w Meninx. Tam bowiem znaleziono ruiny starożytnego fenickiego miasta Meninx w El Kantara. Jak okazało się na miejscu, ruiny to trochę za dużo powiedziane. Site archeologique de Meninx to głównie resztki fundamentów i potłuczone kolumny z pięknego marmuru. Musiałam mocno użyć wyobraźni, aby wyobrazić sobie gwarne miasto największych żeglarzy i kupców starożytności. W krzakach leżały nonszalancko porozrzucane misternie rzeźbione kapitele kolumn. Takie miejsca zawsze napawają mnie nostalgią, tylko tyle zostało z wielkiej Kartaginy, zakurzone szczątki chwały dawnych Fenicjan.

Z Meninx pojechałam do wioski ibadytów Guellala, gdzie jeszcze można zaobserwować stare berberyjskie tradycje. Są to zjawiska sporadyczne, gdyż młodych ludzi coraz bardziej przyciąga praca w przemyśle turystycznym.

Odwiedziłam Muzeum w Guellala, które pokazuje jak przez całe stulecia żyła ludność Dżerby. W muzeum zwiedziłam menzel-tradycyjne gospodarstwo domowe dla rodziny w modelu jeden mąż plus cztery żony oraz duża ilość potomstwa. Menzel jednym słowem to labirynt pokoi (często w amfiladzie), dziedzińców i przybudówek. Jedna chwila nieuwagi i już nie wiedziałam, gdzie jestem. We wnętrzach przy użyciu (dość upiornych, jeśli mam być szczera) woskowych kukieł zaaranżowano scenki obyczajowe i rodzinne. Najciekawszy dla mnie okazał się przegląd tunezyjskich kreacji ślubnych. Doszłam do wniosku, że w porównaniu z Tunezją w tej kwestii brakuje nam wyobraźni.

Z Guellala miałam już niedaleko do Erriadh (Ar-Rijad), miejsca, które mnie szczególnie urzekło i oczarowało. To senna mieścina z kieszonkową medyną pełną cienistych placów, niskich białych domów z niebieskimi drzwiami oraz… street artu z całego świata. To projekt Djerbahood, ponad dwieście murali namalowanych przez artystów z całego świata (również z Polski). Trudno mi było je wszystkie zobaczyć w ciągu jednego spaceru.

Erriadh słynie również z najstarszej w Afryce Północnej synagogi El-Ghariba (Nieznajoma), do której każdej wiosny przybywają pielgrzymi na największe żydowskie święto Maghrebu. Jak głosi legenda, na miejsce, gdzie później wzniesiono świątynię spadł z nieba kamień, a w trakcie budowy pojawiła się nieznana kobieta, która wsparła budowniczych cudami. Żeby zwiedzić piękną Nieznajomą musiałam narzucić na siebie więcej warstw odzieży (należy być ubranym skromnie i stosownie, mężczyźni ponadto przy wejściu muszą zapłacić jałmużnę), co jest drobnostką wobec możliwości poznania wielokulturowości i niezwykłej historii Dżerby.

Ostatnie dni wakacji na wyspie spędziłam na zażywaniu morskich i słonecznych kąpieli na Cyplu Flamingów (nazwanym tak ze względu na ogromne stada tych ptaków zbierające się tu w okresie zimy). Z tego miejsca plaże ciągną się aż do przylądka Ras Taquermes, spacerem dochodziłam do długiego pasa piaszczystej mierzei, oddzielającej morze od dużej, błękitnej laguny. Idąc jeszcze dalej na południe, odkryłam La Sequia, dla mnie najpiękniejszą plażę na wyspie. Prawie pustą, bez hoteli i leżaków, z turkusową wodą dużo głębszą niż przy północnym wybrzeżu.

Z podróży na Dżerbę przywiozłam rozgrzewającą mieszankę przypraw harrisa i kupioną na suku małą lampę Alladyna. Kiedy ją zapalam w chłodne jesienne wieczory, wprawdzie nie pojawia się dżin spełniający życzenia, ale wracają słoneczne wspomnienia z Dżerby, Ziemi Marzycieli.